Po powrocie z GB postanowiłem sprawdzić Bretanię i jej… 25 tysięcy hoteli. To sporo. Najprościej dojechać TGV Innoui do Vannes lub jeszcze dalej na zachód, aż do Brest. Tym razem jednak poleciałem Lufą do Nantes i wynająłem samochód, co, zważywszy na limit prędkości (110 km/h na autostradach, 30 w miastach), pozwoliło mi spokojnie podziwiać pejzaże, spektakularne zamki mediewalne, Quimper, Concarneau, Auray, malownicze Pont Aven tak dobrze znane z obrazów Paul Gaugain oraz Quiberon z niesamowitymi dzikimi plażami.

La Roche Bernard, sympatyczne Le Croisic, w przeciwieństwie do nudnego La Baule-les-Pins, gdzie na 9 km plaży jest więcej hoteli niż na całym polskim wybrzeżu. Na czele z legendarnymi Le Castel Marie Lousie, Hermitage i Le Royal z grupy Barriere. Popływałem stateczkiem po okolicznych wyspach, ale wciąż nie dotarłem do Belle-Ile-en-Mer, więc i tak musze wrócić. Zresztą nie trzeba mnie namawiać na post-impresjonistyczne pejzaże, boskie jedzenie, nie tylko galette du blé noir (naleśniki z mąki gryczanej) i cydr, ale przede wszystkim ryby i owoce morza. Pod Arzon mam swoje miejsce. Farma ostryg Le Viviers du Logeo, gdzie za tuzin nr 1 serwowanych na tarasie nad zatoką, karafkę wina, świeżą bagietkę z solonym bretońskim masłem płacę 10 euro. A jak dam jeszcze dychę, to dostaję na wynos kilo świeżo ugotowanych, różowiutkich krewetek. Ostrygi w Bretanii, zwłaszcza znane od rzymskich czasów Belon, to wielki przemysł. Canacale i Tsarskaya z Saint Kerber konkurujące z normandzkimi Fine de Claire uznane są przez restauratorów za najlepsze.