W Teplicach słucham Rock Radia. Jest lepsze niż Eska Rock – zero reklam i gadania, doskonała muza non-stop. Nawet czeskie rock-kawałki zaskakują pozytywnie. A przy okazji zagłuszają bachory z poddasza, tupiące konsekwentnie caly weczer. Czasem, aby uniknąć apokalipsy i rzezi niewiniątek, zgarniam drobniaki i idę do baru U Ptáčku, gdzie czas zatrzymał się na rewolucji welwetowej (znanej też jako aksamitna). Kart nie przyjmują, toalety pamiętają tamte lat, ale perfekcyjnie zimna Halinka za 52 korony, czyli 9,3 zł – miejsce dla facetów, bez ceregieli.
Cygańska dusza długo miejsca nie zagrzeje. Co piątek łapie mnie reisefieber i nawet w upalne weekendy katuję się na drodze do Pragi lub Drezna. Oba miasta znam jeszcze z czasów licealnych, z Pociągów Przyjaźni, które były w istocie autobusem marki Jelcz, z mało wygodnymi kanapami. Skoro wysiedzieć się nie dało, to z niejedną koleżanką przyjmowaliśmy pozycję horyzontalną. A wtedy para buch, koła w ruch i chuć w brzuch. I choć lokomotywy nie było, to pociąg taki był, że aż silnik wył.
W nocy jazda, a za dnia zwiedzaliśmy wszystkie możliwe muzea i galerie. Najmocniej zapadła mi w pamięć Leda z łabędziem Rubensa w Gemäldegalerie w Zwingerze. A konkretnie jej podtekst erotyczny w czasach, gdy XVII-wieczna sztuka potrafiła jeszcze pobudzać zmysły. Zeus, przemieniony w łabędzia, uwodzi (trochę muskularną) Ledę; piękno z groźbą, elegancja ptaka maskująca drapieżną siłę.
Komentarze (0)
Komentarze zamieszczane przez użytkowników wyrażają ich własne poglądy. Wydawca portalu e-hotelarz.pl nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Komentarze nie stanowią materiału prasowego w rozumieniu ustawy – Prawo prasowe.