W liceum K.I. Gałczyńskiego, jak na profil humanistyczny przystało, mieliśmy łacinę. Mieliśmy teoretycznie, bo nie było profesora. Więc gościu od francuskiego na sprzęcie z laboratorium językowego, puszczał nam rock znad Sekwany. Czasami ambitniej, George’a Brassensa lub Jacque’a Brela. Ja jednak nie odpuściłem i od mojego dziadka, przedwojennego adwokata, nauczyłem się łacińskich zwrotów i przysłów.

Jego ulubionym zwrotem było „per aspera ad astra” (przez trudy do gwiazd). Ale do dziś tam nie dolecieliśmy. Voyagera zhakowali zieloni kosmici, a księżycowa misja NASA jest wiarygodna jak bajka o Twardowskim. Może w końcu Artemis 3 udowodni, że człowiek potrafi.

Tak czy owak, w moim cygańskim życiu bardziej użyteczne okazało się powiedzenie „ignorantia iuris non protegit” (nieznajomość prawa nie chroni). Taka współczesna scena: jadę sobie moją wierną hulajnogą pierwszego dnia wiosny w Dreźnie. Jadę, ścieżką rowerową, majestatycznie, niczym niespieszny pociąg PKP, myśląc, jakie te Niemcy cywilizowane, w porównaniu do Pragi, gdzie bike-way nie uświadczysz. Nie przejechałem kilometra, a tu zatrzymuje mnie policyjna „nyska”, wysiada dwóch mundurowych i okamerowanych i każą mi się wylegitymować. Grzecznie poprosiłem o podanie przyczyny. To wytoczyli artylerię. Otóż dopuściłem się czynu kryminalnego, prowadząc pojazd mechaniczny niezarejestrowany i bez ubezpieczenia. Chciałem się uśmiać, ale widząc zasadnicze miny, tudzież groźnie patrzącą zza klapy kamerkę, przyjąłem taktykę idioty zza wschodniej granicy, który w swojej naiwności nie doczytał k