Przyszłam na świat w Katowicach i czasem myślałam sobie, że gdyby miejscem mojego urodzenia nie był szpital, ale hotel – bo przecież „life is a hotel” – to chciałabym, aby to był właśnie ten piękny, zielony, imponujący, jak na tamte czasy, hotel Silesia.

Wielokrotnie będąc dzieckiem w latach 90. marzyłam o tym hotelu, fascynował mnie i bardzo chciałam go odwiedzić. Widać marudziłam na tyle skutecznie, że któregoś dnia rodzice zabrali mnie tam na lody. Ach… To był szczyt marzeń, wielkie, luksusowe przestrzenie, wszechogarniająca zieleń i to poczucie, że jest się w centrum wszechświata. Tak przynajmniej czułam się, mając te kilka lat. W końcu dorosłam, zmądrzałam, a hotel? Cóż, powoli odchodził w otchłań niebytu. Powstawały nowe, piękniejsze, bardziej nowoczesne, ale sentyment do Silesii pozostał. Nie tylko mój, wielu mieszkańców Katowic z niepokojem myślało, co dalej z ich niegdyjsiejszym symbolem luksusu oraz – co tu dużo ukrywać – miejscem przypominającym wielu dzieciństwo i młodość. Niestety, sentyment to nie wszystko, 15 grudnia 2006 roku decydenci postanowili ten działający wciąż pod skrzydłami grupy Orbis obiekt zamknąć. Poczułam się trochę tak, jakby zabrano mi ulubiony talizman z dzieciństwa albo zburzono zamek księżniczki z mojej bajki. To, co dziś wiadomo o zielonym potworze – ale umówmy się, przypomina on bardziej Shreka niż groźnego smoka – to tylko tyle, że właścicielem Silesi