Od zawsze kocham Zieloną Wyspę zamieszkałą przez ognistowłose istoty. St. Patrick’s Day, U2, The Corrs, Cranberries, Sinead O’Connor… Tylko łychę wolę szkocką, single malt walący charakternym asfaltem, bo trzykrotnie destylowany blend jest perfekcyjnie harmoniczny, lecz zbyt grzeczny. Choć też leżakuje w beczce minimum trzy lata. I jeden dzień, aby ktoś nie pomyślał, że jest gorsza niż na sąsiedniej wyspie.

Miłość wyidealizowana i długo niespełniona – ostatni kraj w Europie, gdzie jakoś nie mogłem się wybrać. Aż córka zaczęła studiować w Limerick i dostałem mission impossible – dowieźć walizkę nieprzemakalnych ciuchów i zimową kurtkę. Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego niż lot z Modlina do Dublina. Owszem, przed covidem na trasie latał LOT, ale został tylko Ryanair. Alternatywa?

Swiss przez Zurych, Air France przez Paryż i inne kombinacje z przesiadkami, sześć lub dziewięć godzin. Z braku podstawowego doświadczenia w low costach ambitnie zakupiłem flexa ze wszystkimi priorytetami i wyborem miejsca, tudzież zarezerwowałem Modlin piach-parking, no i w drogę. Pełna egzotyka. Na parkingu nie mieli mojej rezerwacji, na lotnisku okazało się, że priorytet to dopiero przy wejściu do samolotu… z płyty. Najpierw podpierałem ściany w strefie Non-Schengen, bo liczba krzeseł miała słabe odniesienie do liczby pasażerów. Następnie czekałem na pasie, aż incomingi opuszczą samolot, a obsługa go ogarnie. Przynajmniej później było już płynnie – drinki z QR kodu, bez bujania. Lotnisko w Dublinie to 33 mln pasażerów rocznie.